środa, 27 października 2010
ciąg dalszy na pewno nastąpi :)
Dziękuję wszystkim, którzy jednak zaglądają :) Dziś byłam w siłowni i poznałam pana (chyba właściciela) maratończyka i kandydata na radnego mojego osiedla w jednej osobie. Pan Tomek rozwija siłownię o bieżnie właśnie i bardzo mnie to cieszy, bo moje bieganie cierpi przez ciemności poranne i wieczorne. W czasie maratonu TA kulka wpadła mi w najbardziej odpowiednią dziurkę. Próbowałam palić - a jakże, bo kto mi zabroni, ale no, nie jest to już żadna przyjemność, więc palić nie będę. Ludzie, jestem wolna! Następna kwestia to sianie "zarazy". Chodzi mi o to, żeby w moim środowisku kogoś przekonać, że maraton to nie jest wyczyn nadludzki, jeśli się do niego przygotujesz. Mam już jedną chętną :) Wpisałam też swój średnio ładny czas na tablicę w tej siłowni, głównie po to, by panie tam przychodzące zobaczyły, że można biegać nawet maraton.Jak udałoby się nam wszystkim przekonać po jednej osobie, to w przyszłym roku drużyna mogłaby się podwoić :D Pan Tomek podsunął mi także nowy pomysł: koronę maratonów polskich. W ciągu dwóch lat trzeba przebiec 5 maratonów, więc wypada, że poznański i tak powtórzę. Ciągle jeszcze nadrabiam zaległości w pracy, ale zamierzam podtrzymywać kontakty z najlepszą drużyną pod słońcem :) Pozdrawiam Was - i naszych sympatyków :)
wtorek, 19 października 2010
wizja
Pewno nikt już tu nie zagląda, ale to nic :) Ostatnio nie mogłam zasnąć, bo przypomniało mi się, jak parę miesięcy temu wyobrażałam sobie metę maratonu. Wbiegam, brzuchem zrywam taką wstążkę wyblakłą i zaraz za metą padam w trawę. Oczy wznoszę jak przedwojenna aktorka, z kieszeni (!) wyciągam telefon i dzwonię do rodziców, że mają maratończyka w rodzinie. Po czym znów dogorywam na trawniku. Tak mnie moja wizja rozbawiła, że śmiałam się w głos. No i znów się nie bardzo wyspałam.
niedziela, 17 października 2010
Maratoński czas odpoczynku :-))
Teraz pora na kolejne wyzwania (również biegowe J)
Witajcie !!! Skoro nastał czas podsumowań to muszę coś od siebie koniecznie dodać. Jadąc do Poznania w sobotę byłem ciekaw jak się to wszystko ułoży, czy jestem na tyle dobrze przygotowany by pokonać dystans maratonu, jak zareaguje mój organizm po magicznych 30 kilometrach. Na studiach nauczyłem się dodawać sobie w stresowych sytuacjach jakieś 20% dzięki adrenalinie i tutaj liczyłem na pomyślne zaliczenie egzaminu końcowego. Spotkanie z Wami sprawiło mi niesamowitą frajdę, od samego wejścia do hotelu czułem się jak bym znał się z każdym od co najmniej kilku lat i jeszcze ta wspólna sprawa dla której tam przyjechaliśmy... Później niemal za rękę zostałem poprowadzony przez wszystkie maratońskie procedury – pakiety startowe, spotkanie z maniakami biegania, poznanie nowych trendów garderoby biegowej, wysłuchanie kilku mądrości dla pierwszomaratończyka, poznanie gwiazd tras maratońskich (p.Skarżyński) i degustacja potrawy makaronowej. Atmosfera rosła przez cały dzień, jeszcze mnie trochę wieczorem trener postraszył (he,he,he) i można było zakończyć dzień. Sam też Wojtkowi zadałem setkę pytań by poznać lepiej tajemnicę maratońskiej sztuki, czasami myślę, że ciekawość przychodzi mi z wiekiem. Zasnąłem chyba o pierwszej, jak nie twardawa poduszka to jakieś biegowe obrazy po zamknięciu oczu. Raniutko schemat znany wszystkim, więc śniadanko (w przemiłym towarzystwie Małgosi oraz Jagny i jej córki) , wspólna wyprawa na linie startu. Jeszcze tylko dwa plastry na sutki i można śmigać (he,he). W małym zamieszaniu przedstartowym nie mogłem odnaleźć Eweliny, Kasi i Piotra z którymi miałem trzymać się balonów 4.00, pomyślałem - dobra będę w okolicach zajaca a później i tak się odnajdziemy. Ogromne wrażenie zrobił na mnie start i Rydwany Ognia z głośników, piękna melodia do pięknego startu czterech tysięcy ludzi. Cele na pierwsze koło miałem dwa: Trzymać się balonów i dobrze się bawić na trasie. Przybijanie piątek stojącym po drodze maluchom uczyniłem swoim obowiązkiem, dziękowałem brawami i okrzykiem „brawo Poznań” aktywnym kibicom stojącym licznie przy drodze. Rewelacyjnie wyglądała ”grupa rowerków stacjonarnych”, uczestnictwo zespołów rockowych, metalowych i innych, byłem pod wrażeniem. No i oczywiście kontakt wzrokowy z balonikami 4.00 (he,he). Po 25 kilometrze odczułem pierwsze sztywnienie ud (jak by mi ktoś delikatnie kołkiem przywalił) ale nie miałem ochoty jeszcze zwolnić. Dopiero ok. 30 kilometra pozwoliłem delikatnie zającowi odskoczyć bo pomyślałem o celu nadrzędnym DOBIEGNIĘCIU !! Spadło tempo i mój czas końcowy stanął pod znakiem zapytania. Zobaczyłem biegaczy dociągających nogi, pomyślałem - może i ja te moje uda dociągnę , stanąłem przy jakimś płocie i chwyciłem za stopę iiiiiiii jak mnie skurcz dwugłowego chwycił !!!! Pomyślałem – koniec z dociąganiem, trzeba przetrwać i poradzić inaczej. Teraz rozpocząłem akcję „wspierania innych biegaczy z podobnymi problemami”. Współpracowałem przez kilka kilometrów z jednym z nich dodając sobie otuchy słownej i fizycznej(podciąganie pod ramię he,he,he). Później mój towarzysz niedoli poprosił żebym biegł przodem i że spotkamy się na mecie. W okolicy 35 kilometra dogoniły mnie baloniki 4.15, które oczywiście zdopingowały mnie na następne kilkaset metrów. Sytuacja wyprzedzenia mnie przez tą grupę była bardzo deprymująca, zwątpienia we mnie nie było ale gdy głowa chce , płuca mogą a nogi nadają się do amputacji - to było coś nowego. Pomyślałem o winowajcach tego stanu: czekoladkach, cukierkach i innych łakociach. Myśl o zapalonej lampce przy obrazie Jana Pawła II i modlitwie mojej babci, którą mi obiecała przed wyjazdem dodała mi mocy. Podobnie było ok. 35 kilometra gdy dostałem wyczekiwany żelek energetyczny od dziewczyny mojego brata. Następna nauka maratońska była związana z punktami odżywczymi. Nie pij biegnąc – bo połowa napojów wyląduje ci na koszulce, chyba że ma się dziób jak pelikan(he,he). I uważaj na porzucone skórki po bananach bo pojedziesz jak na filmach z Flipem I Flapem. Ostatni fragment biegu - z górki - był jak nagroda za wszystko poprzednie . Po pierwsze nie dam się dogonić dla balonów 4.30, po drugie mogę zacząć wyprzedzanie, po trzecie łezka w oku bo akurat poleciało z mp3 „Najlepszy z najlepszych” kawałek z Markowskim i Rynkowkim ,który zawsze mnie ruszał. Było jak w niebie !! Po drodze jakieś słowa otuchy od Wojtka ale nie dosłyszałem bo więcej wiatru w uszach miałem. Myślę, że był chyba ze mnie dumny, że dałem rady !!! Jeszcze tylko kilku wiekowych biegaczy wyprzedzę i zamelduję się na 2404 miejscu !!! Meta, koniec, szczęście, gratulacje, wywiady i poszukiwanie wody, wody, wody. Nie czułem się wyczerpany, byłem trochę zawiedziony niedoskonałością moich nóg. Być może zabrakło mi kilku treningów 2godzinnych , opuszczonych przez kontuzję. Następnym razem będę lepszy, szybszy, doskonalszy, ale na pewno nie zmienię swojego pozytywnego nastawienia do samego biegu i czerpania radości z obcowania z kibicami i całą otoczką maratonu. Myślę , że więcej się w tym biegu nauczyłem, niż mogłem dowiedzieć na wielogodzinnym wykładzie. Poznałem lepiej samego siebie i mogę patrzeć na nowe wyzwania z innej perspektywy !! Przez następne trzy dni miałem bóle przy chodzeniu po schodach, w czwartek już truchtałem a w piątek robiłem kółka z moimi uczniami. Chciałbym podziękować wszystkim za wsparcie, za samą Waszą obecność w Drużynie. Dziękuję Małgosi i Wojtkowi za zaangażowanie i że nie zwątpili nawet na chwilę w kontuzjowanego wuefistę ze Szczecina. Wasze telefony działały uzdrowicielsko i dodawały mi mocy. Dziękuję za opublikowanie wywiadu w ten weekend , który może otworzy oczy jakiemuś politykowi lub ministrowi na problem zajęć wf dla najmłodszych w szkołach. Pozdrawiam serdecznie. Adam Witaj Drużyno, czas zamykać ten etap przygody z bieganiem. Nie pisałem zbyt dużo, bo lepiej się odzywać, gdy ma się coś do powiedzenia. Otóż teraz mam – o 19.15 dziś, urodziła się moja druga wnuczka HANIA !!!!! Teraz o Maratonie. Testy tuż przed (biegi na bieżni na 5 i 3 km) i opinia Trenera wskazywały, że mam szansę na złamanie 4 godzin. Ale testy testami, Trener Trenerem, Mcmillan McMillanem, ale ja mam swój rozum i nie miałem zamiaru ryzykować. Bo tylko ja wiedziałem, że od lipca zjadłem ze 25 tabletek Olfenu jako dodatek do mrożenia i rozciągania, bo kolana i różne części dolnych kończyn mnie bolały po prostu i nie dawały się rozbiegać (czasami). Tak więc jak dostałem kartkę w Poznaniu, ze mam biec z balonikiem 4.00 , i w tempie 5.45 (Trenerze, to jest sprzeczność musiałoby być 5,40), wiedziałem że muszę sam podjąć decyzję o taktyce biegu. Pierwsza decyzja była głupia, bo zasznurowałem buty za mocno i na wszystkie dziurki (zawsze zostawiałem ostatnia parę pustą). Od startu rwały mnie wierzchy stóp i bolały mięśnie przednie łydek. Na zabawy ze sznurówkami nie było jednak czasu. 2 km od startu wszedłem na tempo 5,50 potem na 5,45. I okazało się, że choć cały cykl szykowałem się na 6,0 to jest to co aktualnie tygrysy lubią najbardziej. Jak wskakiwało 5,44 lub 5,43 to normalnie zwalniałem. Czułem się doskonale. Bawiło mnie, że wtedy wyprzedzały mnie całe fale biegaczy i co gorsza biegaczek (niby wstyd), ale nie przyśpieszałem. Półmetek w 2,03,30. Tak płynąłem do 28-30 km. Dogoniła mnie Kasia Gudaniec i zaczęliśmy mijać całe tłumy ludzi. Często jako jedyna biegnąca para (inni szli). Tempo nam ciut spadło do 5,46 – 5,47 ale meta była blisko. Tym razem nie miałem ściany, choć jasna rzecz, że nogi bolały. Po zakręcie do Malty Kasia odjechała uroczym cwałem, a mi trochę się jakby odechciało – powiedzmy to była moja ścianka. Finisz 200 m wzorowy na cały gaz. Druga połówka wyszła tylko 1,5 minuty dłużej niż pierwsza. I o to mi chodziło (prawie, bo miało być odwrotnie). Na zdjęciu z mety jestem zielony – to fakt. Ale było mi gorąco i dramatycznie marzyłem o wielkie butli lekko gazowanej wody – którą taszczyłem z Lublina. Łydki miałem skamieniałe. Na nieszczęście żona z butlą gdzieś się zapodziała. Lazłem do hotelu z kolesiem który zrzygał się na mecie, więc wyglądał ten nasz marsz prześmiesznie (ofiary maratonu prawie poległe). Potem to już tylko rozpusta – o 23 byliśmy w domu. Zniszczyłem po drodze 4 rogale marcińskie i ponad 3 litry różnych płynów. Jechałem pociągiem w czerwonej koszulce (czystej) i z medalem na szyi. Artykuł w dodatku lubelskim GW o moim bieganiu faktycznie wzbudził zainteresowanie znajomych i kolegów. A potem już tydzień i praca, którą lubię i raczej sobie w niej dobrze radzę. Ale i w takich przypadkach czasem sypią się na człowieka bardzo nieprzyjemne ciosy – i trzeba je znosić. I po to by je znosić, a nawet kontratakować - POTRZEBNY BYŁ MI TEN MARATON. Na koniec kilka słów o treningach. Już w poniedziałek poczłapałem jakieś 2 km. Łydka prawa jakby ktoś ją obił kołkiem. Środa – początek sezonu basenowego 1250 m. Czwartek 4,5 km już dość sprawnie. No i dziś (sobota) najpierw 9 km w tempie utrwalonym z maratonu 5,43. Potem marszowy odpoczynek i na stadionie test Coopera – jak się bawić to się bawić. Wyszło 2730 m, całkiem OK. z dopingiem wyszłoby pewno 2800. Tym raportem mówię Drużynie i Trenerowi :dzięki ogromne i do zobaczenia Od dziś już podwójny dziadek – Piotrek.
wtorek, 12 października 2010
Właśnie po to na był ten maraton!
Wojtku, Gosiu S., Gosiu K. i cała cudowna drużyno! Uwaga! klawiatura do d.... czyli X = literka przed literą N Bardzo Wax Wszystkix dziękuję za słowa otuchy i gratulacje dla xnie i Gosi Kazubowskiej. Dziękuję za wspólny wysiłek, za wspólne dole i niedole. Dziękuję Gosi S. za jej entuzjazx i piękny uśxiech. Dziękuję Wojtkowi za wspaniałe rady, za doskonałe wyczucie naszych xożliwości i naciągnięcie celu dla nas na 5.55 - co przez cały czas dawało nax nadzieję i trzyxało do końca w cudownej ułudzie, że zdążyxy przed autobusex i babcią z parasolką. A najbardziej dziękuje Ci Gosiu, bo ja bez Ciebie też byx nie dała rady! Nawet ja (z dosyć lekkix podejściex do życia i wszystkiego) nie odważyłabyx się iść przez xiasto saxa, by ukończyć ten bieg. Dziękuję też za postawienie xnie na nogi w przeddzień za poxocą xedycyny konwencjonalnej (biała pigułka) i niekonwencjonalnej (herbata z prądex - bezcenne!). W końcu okazało się, że niexożliwe jest xożliwe. Zresztą w logo akcji POLSKA BIEGA są przecież dwa strusie. Czyż nie, Gosiu? ps. A tak przy okazji - nasi xężowie Jacek i Toxek zaliczyli w Poznaniu chyba półxaraton biegając za naxi z żelkaxi, chustkai i napojaxi. I za to ich kochaxy. Ale głupio bez tej literki!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Kasia po maratonie (z uśmiechem na twarzy)
11 października 2010 Hej! Ledwo się ruszam To moje refleksje po maratonie 2 Wieczór po maratonie. Teraz leżę w łóżku po dzisiejszych zajęciach. Mam chwile refleksji po wczorajszym maratonie. Na pytanie jak było mówię szybko-super! To było coś w czym czułam się super. Coś co nie zależy od szybkości czy zręczności ale coś co związane jest z wytrzymałością i siłą. Był to Również bieg z głową. Pogodę mieliśmy super. Na starcie o godzinie 10 było rześko potem zrobiło się troszkę cieplej i przyjemnie świeciło słońce. Na stracie stanęło ponad 4 tysiące zdrowo walniętych osóbPierwsze 10 km biegłam z tłumem. Człowiek przy człowieku jak w jakiejś kolejce za mięsem. Aż źle się biegło tak było ciasno. 10 a 20 km machałam ludziom i słuchałam okrzyków kibiców. Trochę też pogadała z paroma osobami. Od 15 km zaczęłam też brać kawałki bananów, Powerady i popijałam to wodą.
Fajnie bo nie Również moja rodzinna drużyna jest tak samo zadowolona. Nic dziwnego: szwagier (Władek) zrobił 3 godziny 50 minut, Siostra (Ula) 4 godziny 9 minut, Jarek 4 godziny 16 minut,Tata 4 godziny 20 minut, Mama 4 godziny 24 minuty. Wszyscy na mecie Również byli w super formie. To było niesamowite przeżycie i polecam każdemu kto kocha uczucie zmęczenia i pokonywaniu własnych słabości. Trzymajcie się, o to my - prawie w komplecie
Wielkie dzięki, Drużyno, Trenerze, Kibice (w Poznaniu i telepatyczni).
Więcej zdjęć już za godzin kilka. całuję w czółka,
poniedziałek, 11 października 2010
co boli maratonkę nazajutrz?
Za oknem znów piękny dzień. Na stole leży medal maratoński.W telefonie - kilka miłych sms-ów z gratulacjami. A ja już myślę, co trzeba będzie poprawić, by zrealizować mój plan dotarcia do mety poniżej 5 godzin. Po pierwsze - muszę się na prawdę wysypiać, więc chyba terminowo lepszy będzie maraton w stolicy. Po drugie - mniej się denerwować i absolutnie nie przejmować czyimś głupim gadaniem itp. Po trzecie - pracować nad wytrzymałością i szybkością.Po czwarte - zabrać jednak czapkę, jak będzie taka pogoda.Bez czapki boli głowa.
Mnie kryzys dopadł wcześniej,niż mówił Trener: gdzieś na 26km. Biegłam z dziewczyną, która bardzo dobrze pilnowała zaleconego tempa , czyli 7-7.30 na km. Biegłyśmy razem około 20km, dopingowane szczególnie miło przez starsze i młodsze kobiety.Potem odpadłam, tzn trochę na wyrost zaczęłam iść i się pożywiać. W końcu dotarło do mnie, że maraton to głównie bieg i znów próbowałam biec.Potem dogonił mnie Marcin i dalej pognaliśmy razem. Ale jakieś 3 km przed metą wyskoczyłam na solowy finisz,a Marcin wpadł chwilę po mnie. Byłam 40. wśród pań w kategorii K40,357kobieta w ogóle ( różyczek nie zabrakło), czas: 5h i 38min.
Tak więc najbardziej boli, że jednak mogłam szybciej. Ale i tak sama z siebie jestem dumna i tyle! Co do cierpień fizycznych - bolą różne części ciała, zwłaszcza, gdy stęskniony kot postanowi spać na maratońskich nogach :) Świetna przygoda!
niedziela, 10 października 2010
I to już jest koniec ....
A koniec wieńczy dzieło. Dzisiaj nastapiło to zwieńczenie czyli maraton. Dla części z nas, Drużyny Gazety Wyborczej, był to pierwszy maraton w życiu. W związku z tym emocji sporo, ale udało się. Mam nadzieję, że wszystkim, bo nie dotrwałam do końca. Jagna, Agata i Małgosia - dajcie znać. Pierwsze zaskoczenie dzisiaj po przebudzeniu : mgła i szron. I obawa o warunki atmosferyczne na trasie. Na szczęście, gdy spotkaliśmy się w miejscu, gdzie za pareę godzin mieliśmy finiszować, świeciło już piękne słońce i robiło sie cieplej. Po wymianie wrażeń ruszyliśmy na start. Tu na zdjęciu, trzy gracje: Jagna, Małgosia i ja staramy się robic dobre wrażenie. Ostatnie chwile zastanowienia, czy jesteśmy odpowiednio ubrane, czy tez może zawczasu jeszcze czegos się pozbyć. A potem nastapiło juz końcowe głośne odliczanie i ruszyliśmy. Trochę trwało, zanim przebiegłysmy linię startu, stąd potem w wynikach podawany czas netto, czyli faktyczny czas przebiegnięcia trasy. Według trenera mój przewidywany czas to 5 godzin i tempo kilometra - 7 minut. Trzymaliśmy sie "zająca" z balonikiem 5 godzin. " -Śmy". bo biegliśmy we trójkę : Małgosia, Mariusz i ja. I tak było przez pierwsze okrążenie czyli około 20 km, bo póżniej miałam kryzys. A kryzys wyglądał tak: Niech nikogo nie zmyli ten usmiech, bo ja mam tak zawsze. Tutaj musiałam maszerować a nie biec
Niech nikogo nie zmyli ten usmiech, bo ja mam tak zawsze. Tutaj musiałam maszerować a nie biec Nie będę wdawać się w szczegóły bo, na szczęście, udało sie go zażegnać dzięki "dopalaczom" : żelom węglowodanowym, bananom i napojom firmy sposorujacej. Sprawdził sie scenariusz , przed którym przestrzegano na spotkaniu w sobotę. Uległam euforii, bo biegło sie fantastycznie, przez całe dwadzieścia kilometrów było stałe tempo, które z łatwością utrzymywałam, bez problemu doganiałam balonik po przerwie na napoje i zaczęłam nawet mysleć o lepszym niz założony wyniku. Skrzydeł dodawali tez kibice, głośno i z uśmiechem dopingujący. Świetne były zespoły muzyczne, które ostrą i bardzo głosną muzyką działały bardzo energetycznie. Na szczęście udało mi się zwalczyć chwile słabości, ale w tym wszystkim Małgosia i Mariusz zdecydowanie mi odjechali i zaczęłam odczuwać samotność długodystansowca. Przez pewien czas biegłam z Izą - dziewczyną, która tez zaczęła tak jak my, biegnąc za różowym balonikiem. Przed rondem ratajskim czekał na mnie kolega, który przez ostatnie 5- 6 km jechał przy mnie na rowerze i zagrzewał do walki.To było dosyć motywujące, bo zgodnie z moim motto "Ja wam pokażę" chodziło o wykazanie się. Nie mogłam przecieć pokazywać słabości. Krótko przed metą spotkałam Łukasza i tez jakis czas biegliśmy razem, ale ja już wtedy biegłam Gallowayem, czyli bieg przeplatałam krótkimi odcinkami marszu. Wreszcie dotarłam do długo wyczekiwanego skrętu nad Maltę i wtedy pozostał chyba tylko kilometr i ta świadomość uskrzydłała i dodawała sił. W połowie tego ostatniego etapu czekał Wojtek Staszewski, który juz dawno zakończył maraton. Pobiegliśmy chwilę razem. Musiałam się starać, żeby dotrzymac mu kroku. A potem juz było z górki ( dosłownie ). Na mete wbiegłam z jakimiś dwiema dziewczynami. Próbował nas ktoś przegonić, ale padło hasło , że nie damy się facetowi i wszystkie trzy przyspieszyłyśmy. To był wspaniały moment. Radość olbrzymia. Nie czułam zmęczenia, wypatrywałam znajomych biegaczy i rodzinę żeby podzielić się z nimi moim szczęściem. Po drodze jeszce był medal i róża ( wszystkie kobiety - uczestniczki dostały ) i wywiad do Gazety. A nawet łyk szampana. Mój czas 5.05.55 i 20 miejsce w mojej kategorii wiekowej, czyli K-50. Na koniec jeszce fotografia z synami : Wojtkiem, który tez biegł po raz pierwszy i Michałem, którego zmusiłam dotarciem do mety, do wystartowania w przyszłym roku. Taką mielismy umowę. Plany na przyszłość : bieganie ( chociaz będę w stanie dopiero za kilka dni) i następny maraton. To dalsze plany. A takie bieżące to najeść się, bo ciagle jestem głodna i wyspać się . Drużyno, pozdrawiam Was wszystkich serdecznie, świetnie było razem się przygotowywać. Trenerze - dzięki za wszystko. Małgosiu S. byłaś naszym dobrym duchem. Bez Ciebie te przygotowania i maraton nie byłyby takie same.
piątek, 08 października 2010
Nie macie pojęcia, jak się cieszę ...
Bardzo lubię mieć wysoko postawioną poprzeczkę.Lubię mieć duży cel do osiągnięcia i do niego dążyć. Sprawia mi przyjemność pokonywanie trudności, pokonywanie siebie.Jestem bardzo szczęśliwa, że stanę na starcie w tłumie podobnych do mnie szaleńców! Pewno w trakcie biegu nie raz pomyślę, jak bardzo jestem stuknięta, że się zdecydowałam. A po 10.10.10 będę wspominać ten mój pierwszy marton - bo sądzę, że będą też następne. Tylko muszę szybko wymyślić sobie następny cel do zdobywania. Po pierwszych w życiu Alpach przechodziłam kryzys, że było tak pięknie i tak krótko. Na szczęście bieganie jest łatwiej osiągalne: wystarczy się ubrać i wyjść z domu... Już nie mogę się doczekać spotkania z Drużyną, czuję się tak, jakbym Was znała od dłuższego czasu. Zwłaszcza Dziewczyny są mi bliskie - mam nowe koleżanki! Pozdrawiam i gorąco namawiam wszystkich czytelników naszego bloga do biegania!
( i pobiegli dalej ...:) |
Zakładki:
O BLOGU:
11. Poznań Maraton
Gazeta Wyborcza
Polska Biega
Sport.pl
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||